piątek, 10 października 2014

la vuelta al mundo. primera parada - CUBA. // dookoła świata. pierwszy przystanek - KUBA


W końcu w końcu w końcu!!!

Udało się, po dłuuugim oczekiwaniu wyruszyliśmy w podróż - miejmy nadzieję - dookoła świata. Przygotowania nie zajęły nam dużo czasu, można powiedzieć, że gotowi byliśmy od zawsze :) Musieliśmy "tylko" skończyć studia, popracować w międzyczasie w Holandii i zgodnie z planem we wrześniu rozpoczęliśmy podróż.

Zaszczepiliśmy się chyba na wszystko na co można się zaszczepić: przyjęliśmy 3 dawki na wściekliznę, 2 na cholerę (doustnie), tężec+błonica+krztusiec, meningokoki i żółtą febrę oraz przypominająco ja dur brzuszny, a Grzesiek polio. Średnio za osobę wyszło 1600 zł ;( + 2 opakowania leków na malarię za 400 zł... Szczepienia robiliśmy w Krakowie w Szpitalu Jana Pawła II, gdzie są one chyba najtańsze, nie płaci się za wizytę u lekarza tylko za samą szczepionkę, ponadto skorzystaliśmy z rabatu dla studentów 10%. Ogólnie polecamy:)

Przygotowania nazwijmy to "sprzętowe" polegały w naszym wypadku na zakupie plecaka Karrimor 30 l z promocji na allegro dla Grześka, kurtki przeciwdeszczowej FeelFree (z przeceny:), wędki podróżnej Max Insygnia 5/6# 2,4m na bonefish'e w Belize i pstrągi w Patagonii, przejściówki na wszystkie kraje świata, karty pamięci do aparatu 16 G. Ja zaopatrzyłam się w spodnie z odpinanymi nogawkami HiMountain.

Chcieliśmy zmieścić się do względnie małych, 30-35 litrowych plecaków, nie wyobrażamy sobie dźwigania ze sobą więcej i trochę ze śmiechem patrzymy często na ludzi załadowanych wielkim 60-litrowym plecakiem z tyłu i mniejszym 20-25 l z przodu... Mozna latwo zauwazyc ze wsrod backpackerow panuje na to swoista moda. Co oni tam mają?

Tylko jak dostac sie do tej Ameryki? Najbardziej chcieliśmy przepłynąć Atlantyk jachtem, zabrać się z kimś "jachtostopem", ale siedzenie na Kanarach i czekanie na transport mogłoby zabrać za dużo czasu, zorientowaliśmy się, ze nie jest to takie łatwe, ograniczyliśmy się więc do zamieszczenia ogłoszenia na stronie 7knots. Niestety, ale nikt na nie nie odpowiadał, zaczęliśmy więc szukać samolotu. Najtańsze połączenie do Meksyku, bo od tego kraju planowaliśmy rozpocząć podróż, udało nam się znaleźć z Brukseli. Ostatecznie jednak postanowiliśmy kupić bilet na Kubę, który był jeszcze tańszy - nasz samolot miał tam międzylądowanie. Dodatkowy bilet na samolot Hawana - Mexico City kupilismy w Cubana Airlines.

Na Blablacar jakimś cudem znaleźliśmy transport prosto spod domu Grześka w Żarach na lotnisko w Brukseli :) Perfect! (Szkoda tylko, ze znowu zapomnielismy zabrac ze soba karimaty... Bedzie misja w Meksyku.)



KUBA

Lot trwał jakieś 11 godzin, ale siedzenia miały interaktywne ekrany, można było oglądać filmy, słuchać muzyki czy grać w gry - czas łatwiej zleciał. Pierwszym, co uderzyło nas po wylądowaniu była fala gorąca, wilgotne powietrze oblepiające ciało... To jesteśmy na Karaibach! Naszą radość szybko jednak zakłóciła służba celna, która wzięła nas na kontrolę osobistą. Zdaje się, że przez nasze dready stwierdzili, że z pewnością przemycamy pół kilo zioła albo jeszcze czegoś innego. Zaczęli nas wypytywać gdzie pracujemy etc., czy nie braliśmy narkotyków i czy nie byliśmy ostatnio na dyskotekach (wtf? oO). Przykra sprawa, ale nawet śmieszny piesek obwąchujący nasze plecaki niczego nie wywąchał... Poza tym miałam wydrukowany przewodnik (o biedo) z zapisanymi odręcznie hiszpańskimi słówkami, którym zainteresowała się celniczka, zaczęła go studiować, ale znała chyba kilka słów po angielsku i uwierzyła, że to tylko przewodnik, a nie żadna zakazana ideologiczna lektura mogąca powieść Kubańczyków na barykady.

Nawiasem mówiąc przejęci, że oto lecimy na demoniczną Kubę załatwiliśmy sobie przez polskie biuro podróży Antares (polecamy) karty turysty, bo na stronie linii lotniczych nie mogliśmy się doczytać, czy dostaniemy je razem z biletem. Oczywiście na lotnisku okazało się, że owszem dostaliśmy te karty, mieliśmy więc po dwie (mamy je nadal niewypełnione gdyby ktoś był zainteresowany:). Gdzieś wyczytaliśmy, że mogą też zażądać od nas potwierdzenia rezerwacji na dwa pierwsze noclegi, co skrzętnie uczyniliśmy, ale służby nie były nimi w ogóle zainteresowane.

Do Varadero w którym wylądowaliśmy nie chcieliśmy nawet wjeżdżać: za wielu turystów, za mało Kubańczyków, prawdopodobnie najmniej "kubańskie" miejsce na Kubie. Pojechaliśmy autobusem do Matanzas, gdzie daliśmy się nagonić do casa particular starszemu panu. Zaczęliśmy rozmowę od 20 CUC, ale szybko zszedł na 15 i ostateczną ceną było 13 CUC za pokój. Turyści na Kubie muszą spać w hotelach lub casas particulares - są to pokoje w domach Kubańczyków, często z niezależnym wejściem. Casas są oczywiście lepsze nie tylko dlatego, że ma się szansę na kontakt z mieszkańcami wyspy, ale przynajmniej część pieniędzy za nocleg idzie do ich kieszeni. Widać, że wynajmującym pokoje wiedzie się całkiem nieźle w przeciwieństwie do praktycznie całej reszty mieszkańców Kuby... Właściwie cały czas mieliśmy wrażenie, że tylko dzięki turystom zostawiającym tam swoje pieniądze ludzie na Kubie w ogóle jeszcze egzystują. Wracając do kwestii noclegów - wszystkie są skrzętnie notowane, a wedle tego co przekazała nam pani Karolina z Antares śpiąc gdzieś u znajomych, na dziko czy w inny sposób nie będąc oficjalnie zarejestrowanym można mieć problemy przy wyjeździe.

Casas particulares są oznaczone specjalnym, łatwo rozpoznawalnym znakiem na drzwiach i prawdopodobnie muszą spełniać określone warunki - wszystkie, w których spaliśmy (a szukaliśmy zawsze najtańszych;) miały łazienkę tylko dla nas i klimę, bez której faktycznie nie dalibyśmy rady spać w panującym tam upale i zaduchu. Za pokój płaciliśmy 11-18 CUC, po wcześniejszych negocjacach. Jedynie w Hawanie znaleźliśmy świetny hostel 5 CUC/osobę. Moze udaloby sie utargowac wiecej, ale wobec tych biednych ludzi glupio byloby jeszcze bardziej naciskac na obnizke ceny.Tylko ile to jest 1 CUC? Waluta na Kubie to osobna historia, obowiązują bowiem dwie waluty: CUP (pesos cubanos) i CUC (pesos convertibles). Te pierwsze przeznaczone są dla Kubańczyków, turyści teoretycznie mogą posługiwać się tylko CUCami, ale w praktyce można wymienić CUCe na CUPy w kantorach zwanych Cadeca lub w banku. 1 CUC ma równowartość 1 $ lub 24 CUPów. Mając CUPy można kupić tanie jedzenie sprzedawane np. z okien domów czy zapłacić za lokalny autobus.

Kolejnego dnia w Matanzas z pomocą naszego naganiacza załadowaliśmy się do autobusu, którym podróżują Kubańczycy W innej miejscowości musieliśmy się przesiąść do kolejnego, jednak nagabywani tam przez taksiarza daliśmy się podpuścić i głupio myśleliśmy, że podaje nam ceny w CUPach, tymczasem chodziło mu o CUCe, czyli podana przez niego cena przejazdu wzrosła 24 razy. Niestety, ale doszliśmy do tego po wyjechaniu z miasta i przejechaniu kilku kilometrów, wysiedliśmy więc in the middle of nowhere i stwierdziliśmy, że to doskonała okazja by spróbować tradycyjnie połapać stopa. Właściwie moim cichym postanowieniem jest przejechać większość dystansu dookoła świata stopem, albo gdzie nie będzie to możliwe spróbować chociaż na pewnym odcinku w każdym kraju, zobaczymy co z tego wyjdzie. Tym razem jednak stop nie zadziałał, kilka samochodów, które nas minęły nie były specjalnie zainteresowane zatrzymaniem się, więc gdy po 15 minutach nadjechał lokalny autobus wsiedliśmy do środka. Tym razem była to ciężarówka z paką przystosowaną do przewozu ludzi (było nawet wyjście ewakuacyjne i wydzielone miejsce dla ciężarnych). Z braku autobusów ciężarówki przerobione w ten sposób to częsty widok na Kubie. Ostatecznie dotarcie do celu, czyli Cienfuegos, zajęło nam cały dzień przez kilka przesiadek i oczekiwanie na autobusy - wiedzieliśmy już, że raczej nie zrealizujemy pierwotnego planu dotarcia także do Pinar del Rio, bo zbyt dużo czasu stracilibyśmy w autobusach. Niestety, ale na zobaczenie skrawka Kuby mieliśmy tylko 10 dni, później trzeba lecieć dalej - do Mexico City. Na Kubie istnieją specjalne autobusy dla turystów linii Viazul, właściwie to turyści są zobligowani żeby nimi podróżować. Chcąc kupić na dworcu bilet na zwykły (i kilka lub kilkanaście razy tańszy!) autobus jako białe twarze nie mieliśmy takiej opcji! Nie chcieli nam sprzedać biletu i koniec. Cóż, w takiej sytuacji ratował nas osławiony Amarillo, w wolnym tłumaczeniu Żółtek. Gość ubrany cały na żółto stojący na wyjeździe z miasta i zatrzymujący samochody na niebieskich, rządowych tablicach oraz autobusy. Samochody z niebieskimi numerami w miarę wolnych miejsc są zobowiązane do zatrzymania się i zabrania pasażerów czekających na przystanku. Jeśli któryś z nich się nie zatrzymywał Pan Żółtek skrzętnie zapisywał numer rejestracji... Poza tym Żółty spędzał dzień na pogawędkach z ludem czekającym na transport. Panowie zawsze byli dla nas uprzejmi i zatrzymywali nam autobusy, którymi w teorii nie powinniśmy jeździć:)
Tak czy siak późnym wieczorem dotarliśmy do Cienfuegos. Chcąc wypłacić pieniądze z bankomatu okazało się, że karta MasterCard nie jest obsługiwana, gdyż jest to firma amerykańska (tak jakby Visa nie była...). Pieniądze mogliśmy wypłacić następnego dnia w banku. Cały ten dzień spędziliśmy spacerując po Cienfuegos, które nie zrobiło na nas specjalnego wrażenia. Dla samego maleconu (rodzaj promenady wzdłuż brzegu morza) i kilku wyremontowanych budynków w centrum według nas niekoniecznie trzeba odwiedzić to miasto.

Z kolei po dotarciu do Trynidadu zaatakowało nas stado naganiaczy, ale mieliśmy już zarezerwowany nocleg (jeden ze wspomnianych na początku dwóch). Nasz gospodarz okazał się kochany, a miasto faktycznie ma swój klimat i przyjemną atmosferę. Kolonialna starówka w 1988 r. została wpisana na Listę UNESCO. Wieczorem poszliśmy posłuchać muzyki przy Plaza Mayor, gdzie widać było sporo turystów mimo tego, że sezon rozpoczyna się dopiero w listopadzie/grudniu. Spotkaliśmy Petera, starego murzyna, który opowiedział nam trochę o życiu na Kubie łącznie z tym, że według niego wszyscy czekają na wybory w przyszłym roku. Kandydat który ma wygrać i wiele zmienić wedle oczekiwań ludzi już jest. Kiedy przedstawiliśmy ten punkt widzenia innemu ciemnoskóremu poznanemu w Hawanie zaśmiał się tylko pytając co może zmienić ktoś służący temu samemu systemowi w kraju, w którym 1/3 to konfidenci. Pewne jest, że ludzie na Kubie faktycznie uwielbiają Fidela, albo raczej nie mają odwagi nawet w prywatnej rozmowie powiedzieć na jego temat złego słowa. Pewne jest też, że jeśli coś się nie zmieni Kubańczycy naprawdę zaczną umierać z głodu. Wszechobecna bieda jest przerażająca, przeciętny Kubańczyk zarabia na miesiąc równowartość ok. 20$. Kto tylko może poza oficjalnym zatrudnieniem, albo co gorsza nawet bez niego, stara się prowadzić własny biznes. Najlepiej mieć okno wychodzące na ulicę - można wtedy sprzedawać robioną w domu pizzę, spaghetti czy kawę. Takich okien-sklepów jest na Kubie pełno, zwłaszcza w Hawanie. Właściwie trudno dostać do zjedzenia cokolwiek innego, dlatego też podczas pobytu tam żywiliśmy się głównie tą wątpliwej jakości pizzą (przeważnie nie była zbyt dobra, ale przynajmniej była tania). Widzieliśmy też na ulicy takie cuda jak naprawiacz zapalniczek, sprzedaż papierosów na sztuki czy babcie sprzedające po kilkanaście orzeszków w papierowych tutkach.

Poza przerażającą sytuacją zwykłych Kubańczyków, w więzieniach na wyspie wciąż znajduje się wielu więźniów politycznych. Więcej informacji na ten temat i o tym jak można im pomóc na stronie solidarnizkuba.pl, polecam poczytać gdyby ktoś się wybierał.

Kolejnego dnia wybraliśmy się z Trynidadu (autobusem 2 CUC w dwie strony, chociaż taksiarze wokół twierdzą, że nie istnieje) na plażę Ancon, podobno jedną z ładniejszych na wyspie. Plaża faktycznie okazała się bajkowa, chociaż pojawiali się co jakiś czas starzy Niemcy z hotelu nieopodal ;P Na słońcu nie dało się wytrzymać dłużej niż 5 minut, nawet foczki plażowe wylegiwały się tylko w cieniu. Woda przy brzegu miała praktycznie temperaturę powietrza :D

Zamiast przebijać się przez pół kraju łącznie z Hawaną do Pinar del Rio zdecydowaliśmy się pojechać nad morze, na jedną z Cayo (małych wysepek) na północy. Nie chcieliśmy jechać na turystyczne Cayo Coco, wybraliśmy mniej znane Cayo Santa Maria, które z pewnością nie było mniej rajskie. Na Cayo prowadzi specjalnie zbudowana droga - po obu jej stronach mamy Morze Karaibskie, super widok.

Wydostanie się z Trynidadu nie było łatwe i przyjemne, bo na wyjeździe musieliśmy czekać 3,5 h na autobus, który był zapchany do granic możliwości, ale i tak wciąż ładowali się nowi pasażerowie:) do tego droga prowadziła przez góry i jechaliśmy bardzo wolno. W pewnym momencie przed większą górką musieliśmy się zatrzymać na dłuższą chwilę, a pomagier kierowcy oblał samochód wodą.

Osiedliśmy w Caibarien, skąd na Cayo musieliśmy pojechać rano z pomocą Amarillo. Publiczne autobusy nie kursują na wysepkę, ale słyszeliśmy plotki że można załapać się do pracowniczego autobusu zawożącego pracowników hoteli do pracy, postanowiliśmy więc je sprawdzić. Ostatecznie zabraliśmy się wojskowym autobusem z pracownikami bazy wojskowej :D która znajduje się na końcu Cayo. Dzięki temu nie musieliśmy płacić wjazdowych 2 CUC na wyspę. Opłaty wprowadzono chyba po to, żeby zwykli Kubańczcy się tam nie kręcili - gdyż te 2$ to dla nich cena zaporowa, prawie nikogo nie byłoby stać żeby zapłacić tyle za wjazd. Smutne, że we własnym kraju mają takie ograniczenia, nie mogą korzystać z czegoś, co jest ich własnością, ich dobrem.

Wysiedliśmy pod bazą, przeszliśmy ok. 1 km i na horyzoncie pojawił się jakiś ośrodek wypoczynkowy dla białasów. Weszliśmy sobie jakby nigdy nic (nie wiem jak inaczej moglibyśmy się dostać do plaży), ochrona myślała pewnie że jesteśmy jednymi z gości. Dotarliśmy do plaży, rozłożyliśmy się na leżakach i znowu poczuliśmy się jak w raju:) Cayo było jeszcze piękniejsze niż plaża Ancon, biały piaseczek, czysta, przejrzysta i ciepła woda, w niej od czasu do czasu przepływające rybki... A w oddali jakaś inna mała wysepka:)

Po południu wyszliśmy na główną drogę do Caibarien i od razu zatrzymał się autobus odwożący pracowników hoteli do miasta - i znowu nie musieliśmy płacić wyjazdowego myta ani za transport:)

Z ciężkim sercem opuściliśmy Caibarien, by spędzić ostatnie 3 dni na Kubie w Hawanie. Przechadzaliśmy się miło po starym mieście, zabytkowych placach, uliczkach i po zalewanym falami Maleconie. Capitolio niestety było w remoncie, więc nie mogliśmy wejść do środka, ale odwiedziliśmy Asociacion Cultural Yoruba de Cuba, miejsce poświęcone santerii, religii synkretycznej wywodzącej się z tradycyjnych wierzeń afrykańskiego plemienia Joruba, przywiezionej na Kubę przez czarnych niewolników. Religia ta wymieszała się z wierzeniami katolickimi i liczne bóstwa afrykańskie utożsamia się ze świętymi katolickimi. Byliśmy też w Casa Africa, gdzie poza pamiątkami przywiezionymi przez Fidela z jego podróży do Afryki znajdują się też inne eksponaty związane z santerią.

We wszystkich miastach w których byliśmy spacerowanie może skończyć się źle, jeśli nie patrzy się dobrze pod nogi - w chodnikach często zdarzają się wyrwy i dziury głębokie nawet na 2 metry! W centrum Hawany wiele ulic było totalnie rozkopanych, być może zakładali/wymieniali kanalizację, mam nadzieję że następnym razem będzie już lepiej. Mimo, że na ulicy nigdzie nie ma koszy na śmieci jest bardzo czysto. Podczas tych 10 dni czuliśmy się bezpiecznie, Kuba uznawana jest ogólnie za bezpieczne miejsce. Z drugiej strony w hostelu w Hawanie spotkaliśmy Włocha, który został nieco sponiewierany i okradziony, ale łaził gdzieś sam po nocy - niestety mimo wszystko to nie Europa i zawsze trzeba być ostrożnym. (Chociaz my tez lazilismy...)

Co więcej o Kubie?

Wszyscy palą cygara jak papierosy:) Cygaro w "kiosku" można kupić za 1 CUP (ok. 13 groszy), z kolei w fabryce cygar za np. 5-7 CUC - choć to z fabryki na pewno jest lepszej jakości.

Stare samochody typu Chevrolet, Buick czy Cadillac można spotkać na każdym kroku. Popularny jest też nasz maluch, lubiany z powodu ekonomicznego spalania:) Wcześniej zakup nowych samochodów był zakazany, teraz nie jest, ale są one tak drogie, że i tak praktycznie nikogo na nie nie stać. Smród z paliwa słabej jakości wszechobecny w miastach był okropny i dosłownie zatruwał życie.

Propaganda rowniez jest wszechobecna, widać ją zwłaszcza na billboardach wzdłuż głównych dróg. Dostęp do internetu jest mocno ograniczony, godzina w kawiarence kosztuje 6 CUC, więc mało kogo na to stać. Niektórzy Kubańczcy próbują wydostać się z kraju przez związki z obcokrajowcami, Kubanki dając pole do popisu starym Amerykanom i Europejczykom. W samolocie na Kubę poznaliśmy dziewczynę, która właśnie wracała od swojego chłopaka w Holandii - skończyła jej się wiza więc musiała wracać, ale na grudzień mają zaplanowany ślub. Z kolei w samolocie Hawana - Mexico City siedział obok nas chłopak lecący na swój ślub do Meksyku...

Mamy nadzieję, że sytuacja Kubańczyków jak najszybciej się poprawi, ale tak naprawdę kto wie kiedy w końcu coś zmieni się na lepsze?

Na pewno warto pojechać na Kubę i samemu przekonać się jaka ona jest, my na pewno chcielibyśmy powrócić tam kiedyś na dłużej.


(Niestety ale wszystkie zdjęcia z Kuby przepadły razem z naszym aparatem w Meksyku, ale to już inna historia... Jedno slowo: TRAGEDIA.)



EDIT: szalony Chinczyk poznany w hostelu w Hawanie po 2 miesiacach odpisal na maila i przeslal nam kilka zdjec...

Eric, lat ok. 60, Chińczyk z Pekinu wysoki na 2 m i mieszkający w Kanadzie. Jak nam wyznał pierwszy raz w życiu nocował w hostelu i podobało mu się! Jak to Chińczyk był zadowolony i cieszył się z wszystkiego, opowiadając historie czasem niezrozumiałe. Podbijał do każdego uważając za oczywiste, że wszyscy znają angielski. Polskę kojarzył, bo w latach młodości miał telewizor z naszego pięknego acz komuną objętego kraju - co nadmienił nam przynajmniej 8 razy (o telewizorze, nie o komunie). Był POCIESZNY.
LUCIA (czyt. Lusija)!!! Tzn. piesełka trzymana przez starszego pana, razem z żoną prowadzili hostel i byli kochani :D Lucia zajmowała widoczny z tylu mini-fotel bujany między fotelami swoich właścicieli (!!!!!!). Przy pożegnaniu pani miała łzy w oczach ;(
Tego zdjęcia było mi chyba najbardziej szkoda po utracie aparatu.




Jak się okazało, lecieliśmy z Erikiem do Meksyku tym samym samolotem, więc jako krejzol postanowił udać się z nami na lotnisko i spędzić tam noc. Oczywiście pojechaliśmy autobusem na przystanek oddalony od terminalu o ok. 2 km (wieczorem nie było innej opcji poza taksą) i w tropikalnym klimacie spoceni jak świnie cisnęliśmy w nocy po nieoświetlonej dzielni mijani przez transów na wspomniany terminal.
Następnie Eric uwiecznił naszą żulerkę na wieki poprzez to zdjęcie :D
kolejna focia na lotnisku
i jeszcze jedna, czemu nie
ostatnia fotka w metrze w Meksyku, my już rozbawieni/podłamani ciągłym pozowaniem.
jest to również pożegnalna fotka z naszym aparatem, eh.


bueno, pero vamos. a dar la vuelta al mundo! :D




piątek, 26 września 2014

Maroko - Mauretania 2013


Bilety Kraków-Mediolan-Marrakesz i Marrakesz-Madryt-Berlin w różnych kombinacjach Ryanaira i EasyJeta nabyliśmy w cenie ok. 350-400 zł.

Mediolan
(nie zagłębialiśmy się, ale w sumie nic ciekawego, chociaż katedra robi wrażenie. za to pod nią pełno murzynów atakuje ludzi zakładając im bransoletki na łapy i licząc na wsparcie z tego tytułu)




Rabat
prosto z lotniska w Marrakeszu udaliśmy się... stopem do Rabatu. w Polsce najbliższy konsulat Mauretanii jest w Berlinie, dlatego stwierdziliśmy, że łatwiej będzie nam uzyskać wizę w Maroku:)
wniosek składa się rano, a odbiera po południu, ogólnie bezproblemowo (tylko powodzenia ze znalezieniem konsulatu..). wiza kosztowała ok. 40 euro.


nasz lux-pokoik nad medyną ;)
i widok nań



następnie kulamy się z powrotem do Marrakeszu... do mojego ulubionego hotelu Medina - polecam:)


widok z tarasu

zdjęcie z palmą musi być

jedziemy dalej - kolejny przystanek to Tiznit, gdzie w kolejnym uroczym pokoju świętowaliśmy Tłusty Czwartek:
to chyba w Tiznicie pytaliśmy o tani hotel, a może złapaliśmy na stopa dwóch pociesznych, natchnionych Marokańczyków, którzy objechali z nami kawał miasta próbując pomóc, ale kiedy w hotelu okazywało się, że nie jesteśmy małżeństwem, nie chcieli nam wynająć pokoju. widać na południu są bardziej religijni. w międzyczasie natchnieni próbowali nas przekabacić na islam :) koniec końców ktoś zgodził się wynająć nam pokój.

i znowu ta pyszna herbatka

(na ręce ozdoba od murzyna z Mediolanu, chciał zawiązywać niech zawiązuje, a na "kawę" i tak nie dostał :P)

zbliżamy się do Sahary


Sahara Zachodnia jest od wielu lat terenem spornym, obecnie okupowanym przez Maroko, dlatego przyjeżdżając z Maroka nie przekracza się żadnego przejścia granicznego. częściowo - głównie wschodnia część - dąży do niepodległości, ale Marokańczycy w zachodniej części prowadzą akcję zasiedlania regionu.




dojeżdżamy w końcu do Dakhli, gdzie nie chcą wierzyć że szukamy naprawdę taniego noclegu i nie mamy kasy. w końcu jednak udaje nam się dostać najtańsze miejsca w namiocie na dachu szarganym wiatrem na wszystkie strony:

tak wyglądał z zewnątrz :D

obok inne apartamenty:


w zatoce przy półwyspie Dakhla widać w oddali miasteczko nad samą wodą?

tak, to miasteczko, ale kamperów z "zachodu" - Niemiec, Francji, Holandii. dziki - nie dziki camping, wyglądało jakby sami sobie zajęli ten obszar, ogrodzili się przy swoich wozach i jak zwykle we własnym bezpiecznym towarzystwie (broń Boże od kontaktów z mieszkańcami tych dzikich krajów!) korzystali z piękna przyrody

silne wiatry stwarzają dobre warunki do kitesurfingu



nasz cel: Nawakszut. do tego znaku na wjeździe z Półwyspu Dakhla na główną drogę prowadzącą do Mauretanii podwiózł nas hiszpański ksiądz zagadany pod kościołem w Dakhli:) niestety było już trochę późno, a ruch mały - musieliśmy przespać się na plaży przy kamperowym miasteczku.




poranni goście



następnego dnia aż do samej granicy bez problemu zabrało nas trzech wesołych murzynków w tirze. przy przejściu oczywiście pełno naciągaczy, którym się nie daliśmy, złapaliśmy nawet stopa do Nouadhibou, a nasz kierowca znalazł nam kemping w centrum.

Nouadhibou (po polsku ponoć Nawazibu) położone jest na półwyspie, podobnie jak Dakhla

przymusowa kolacja przy świecach - przerwy w dostawie prądu to normalka


rano wychodzimy sobie z naszego kempingu i kierujemy się przez miasto na wyjazd. przechodzimy obok innego kempingu i z ciekawości zaglądamy do środka... a tam.... tak, BUS NA POLSKICH NUMERACH. ech, ci Polacy :D busy były właściwie dwa i wyglądały mniej więcej tak:


trafiliśmy na ekipę jadącą z misją Okulary dla Afryki do Senegalu :D
mieli badać wzrok i dobierać okulary tamtejszym mieszkańcom.
.....no to stop do Nawakszut sam się znalazł ;)



po drodze pełno jest posterunków żandarmerii, przy których trzeba się zatrzymać i wylegitymować

pociąg-legenda. ponoć najdłuższy pociąg na świecie (połączone wagony mają ok. 2,5 km) jadący z Nouadhibou wgłąb lądu do kopalni rudy żelaza, ok. 650 km. w węglarkach podróżuje też ludność ze względu na brak innego środka transportu na pustyni. wagon 'pasażerski' doczepiany jest czasem, ale jest płatny, dlatego w większości wszyscy i tak jadą w pustych węglarkach.
naszym głównym celem było przejechanie się nim, ale po wysłuchaniu relacji chłopaków (pozdrawiamy, Ciebiera;) zrezygnowaliśmy. potwierdzili oni, że w nocy jest zimno nie do wytrzymania i wszystkie, ale to wszystkie rzeczy po takiej przejażdżce są całe w piachu i do wyrzucenia. szkoda byłoby nam wyrzucać wszystko, zwłaszcza mój nowy śpiwór, i nie wiadomo czy aparat by to przetrwał. może innym razem.


tymczasem samochód po drodze trochę się psuł, ale na szczęście na pokładzie był mechanik

przystanek po drodze




nasza wspaniała miejscówka w Nawakszut:
w pokoju tym w czasie całego pobytu kilka razy widziałam jaszczury na ścianie, a także karaluchy i myszy


na południe od Nawakszut spotyka się już przypadki malarii, dlatego chłopcy musieli zacząć faszerować się Malarone


udajemy się na targ rybny:




wciąganie łodzi na brzeg








kolacja w pizzerii u Włocha (!!!) - nie mam pojęcia skąd on się tam wziął
niestety nic bardziej 'miejscowego' nie było w okolicy

ulice wszystkich miast przy Saharze toną w piachu
łezka w oku się kręci, ale musimy się rozstać z ekipą Afromedesa. dzięki za wszystko!

wracamy w kierunku Maroka podwiezieni na wylot jeszcze przez rodaków - jak zwykle mamy szczęście i szybko łapiemy bardzo ogarniętego życiowo pana, który studiował w Rosji i wie, że autostop nie powinien być płatny:) nie mogliśmy też odmówić, kiedy zaproponował nam nocleg u siebie w domu :D
po drodze kupujemy wielbłądzie mleko u pasterzy i przybiegają dzieci:)

tymczasem nasz znajomy okazał się szejkiem - przynajmniej w naszym mniemaniu. miał wielką, elegancką chatę, a co 'najlepsze' - miał służących (!!!). kiedy przyjechaliśmy usługiwał nam starszy murzyn przynosząc co chwila herbatę i rozlewając do szklanek, w okolicy kręciła się też roześmiana czarna służebnica (sorry ale jak mam ją określić inaczej?). w sumie byliśmy w szoku bo pierwszy raz w życiu widzieliśmy naocznie żeby ktoś miał służbę... po jakimś czasie przyszła też żona, ale tylko na chwilę przywitać się i być może poszła zarządzać kuchnią (chociaż pewnie miał też ze dwóch kucharzy, kto wie). po domu przewijały się też dzieci.
po jakimś czasie zaczęto wnosić różne dania i rozkładać je tradycyjnie na obrusie na podłodze. kiedy zastawiono cały obrus było nam trochę głupio, że to wszystko dla nas, ale to nie był koniec! jedzenie zajęło z pół podłogi w pokoju, wszystko stało na 3 rozłożonych obrusach - możecie sobie wyobrazić ile tego było.... zaczęliśmy się śmiać że nie jedliśmy nigdy wielbłąda, na co nasz szejk mówi nam z pełną powagą, że TO jest właśnie wielbłąd. co jak co, ale nie wypadało odmówić, Grzesiek nawet nie pisnął że jest wegetarianinem i grzecznie spożywał wielbłądka... jako że ja też za mięsem nie przepadam średnia to była przyjemność, ale wygrzebaliśmy co chudsze kawałki. popróbowaliśmy różnych rzeczy, po pewnym czasie wpychaliśmy w siebie na siłę, a i tak z 70% jedzenia zostało nie ruszone.
to się nazywa gościnność, wow.

nasze legowisko
po obiedzie wytoczyliśmy się na krótki spacer po okolicy. powyżej ogrodzony teren lotniska, który służy też jako śmietnisko i boisko do gry dla dzieci.

po powrocie posiedzieliśmy jeszcze chwilę przy National Geographic obserwując małpy w dżungli i poszliśmy spać. niestety jednak sen nie był mi dany, bo prawie całą noc spędziłam w ubikacji (dobrze że był 'normalny' kibel i nawet znalazła się miska...) - wielbłąd najwyraźniej się nie przyjął, a ja przeżywałam największy ból brzucha EVER. -.-

na szczęście następnego dnia było już ok. pożegnalne foto z naszym szejkiem i podwiózł nas jeszcze na wyjazd z miasta.
na przejściu granicznym pełno jest rozrzuconych wraków samochodów. jak dowiedzieliśmy się od murzynów z tira jadąc tędy z Maroka, wraki są zwożone z całej okolicy, a turystom wmawia się że teren jest zaminowany, żeby ich przestraszyć i aby płacili za przewodników na te kilka kilometrów. (swoją drogą kilka lat temu zdarzyły się jakieś porwania związane z Al-Kaidą, ale teraz Mauretania jest raczej bezpieczna - wszyscy ostrzegali nas tylko przed granicą z Mali, tam nie jest bezpiecznie, podobnie jak w całym Mali)




i znowu nasza cudowna plaża niedaleko Sidi Ifni:





olbrzymia porcja owoców morza za śmieszne pieniądze (przynajmniej w porównaniu do polskich cen)
pożegnalne foto z Marrakeszem, gratisowe wieczorne zwiedzanie Madrytu, poznanie w kolejce do odprawy do Berlina małżeństwa wracającego z Hawajów do Zielonej Góry (i kolejny stop zapewniony:) a w Polsce śnieżek i zimnica (zapomniałam nadmienić, że wyjazd odbył się w lutym).